ad00absurdum: (xf - bb art D:)
Ad Absurdum ([personal profile] ad00absurdum) wrote2012-04-09 09:32 pm
Entry tags:

Subwersja, inwersja czy perwersja? Naukowe spojrzenie na niektóre przejawy internetowej fanfikcji.

Zanęcony notką na Popblogu dotyczacą książki "Niecne memy. Dwanaście wykładów o kulturze internetu" Magdaleny Kamińskiej, postanowiłem rzeczoną książkę nabyć (Peter, dalej cierpliwie czekamy na recenzję). Na początek do czytania poszedł rozdział VIII zatytułowany "Ta grzeszna miłość jest dziką siłą. Internetowa fanfikcja w kulturze polskich nastolatek". Poza tym, że ff to tak jakby również moja działka to już sam tytuł jest dosyć LOL-worthy i zapowiada lekką acz być może pouczającą lekturę na wieczór.

Rozdział rozpoczyna bardzo fajny rys historyczny na temat youth sudies, a późnej girls' studies i młodzieży (z naciskiem na jej żeńską część) jako konsumetnów popkultury i w końcu fanów-twórców. Bardzo przyjemna jest też systematyzacja fanfikcji jako tekstów tercjarnych (tzw. produkcja drugiego porządku. Nazewnictwo jest cudne, czuję się jakbym znowu czytał analizy w "Easy Rider").

I co najważniejsze można podyskutować z niektórymi tezami, co jednak jest ciekawsze od zgadzania się z autorem w każdym akapicie :) Przykład na przykład:
"Sami fani zwracają uwagę, że praktyka wytwórczości drugiego porządku jest w gruncie rzeczy tak stara jak sama kultura: np. historia Lancelota i Ginewry to shipping legendy arturiańskiej, a już starożytni dokonali pairingu Achillesa i Patroklosa. Jednak jest to anachronizm, ponieważ granica między fikcją a fanfikcją została wyznaczona dopiero przez wprowadzenie prawa własności intelektualnej. Współczesna fanfikcja to tekst wzorowany na tekście pierwszego porządku będącym czyjąś własnością, a zatem apokryfy biblijne ani cykl arturiański nie pasują do tego modelu."

Tu pozwolę sobie się nie zgodzić bo moim zdaniem jednak pasują, a wprowadzenie prawa własności intelektualnej spowodowało tylko możliwość penalizacji fanfikcji. Jak sama nazwa wskazuje bowiem, ta twórczość drugiego porządku jest oparta na tekście pierwotnym (tzw. prymarnym) i nie ma znaczenia czy tekst ten jest objęty prawem własności, czy nie. Nacisk tu powinien być nie na własność a na "wtórność". Dlatego również i dzisiaj można by nazwać fanfikcją teksty, które powstały do utworów nie objętych takim prawem - np. Biblii (OK, sporna kwestia czy to co można znaleźć na FF.net to apokryfy :D), czy innego fanfika.
Prawdopodobnie można by tu również podciągnąć memy czyli wariacje wykorzystujące Rage Comics (czyli np. me gusta, trollface itd.), ponieważ pierwsze rysuneczki pojawiły się na 4chan (jaka własność intelektualna?), ale przy tej tezie nie będę się upierał.

Natomiast jeśli poczytamy rzeczony rozdział dalej, to pojawia się pewien problem. Głównie, o dziwo, z nomenklaturą - tu panuje lekki chaos, co niestety prowadzi do tego, że tekst jest dosyć powierzchowny. Może i miał to być jedynie tekst "wprowadzający" i po prostu nie było miejsca, żeby ff opisać bardziej dogłębnie, ale po ciekawym i przemyślanym początku chciało by się czegoś więcej.

Problem mamy tu [mowa o sci-fi]:
"Fani ze swej strony wskazują, że fanka tworząc shipping nie ma wielkiego wyboru: może przyjąć fabularnie nieciekawy model "romansu z zieloną Marsjanką", intrygująco transgresyjny Boys Love albo skompromitowany wzorzec zwany Mary Sue."

Hmm, nie wiem co za "fani" są cytowani tutaj, ale tak wąskich wyborów, na które podobno skazane są fanki-twórczynie (i to mnie też trochę uwiera - co z piszącymi facetami? Ale OK, rozdział mówi o ff w kulturze "polskich nastolatek" więc się zamknę) to jeszcze nie widziałem. A co z kanonicznymi het prawie-pairingami (klasyczny przykład to Mulder i Scully do sezonu, powiedzmy, 6/7), albo nawet niekanonicznymi het pairingami? Albo z femslashem? Albo jeżeli to sci-fi, to dlaczego ograniczać się do dwóch płci? I co tu w ogóle robi to nieszczęsne boys love i dlaczego nagle wyskakuje Japonia? It's a mystery. No i, kurde, chaos.

Nie jestem pewien, czy autorka w ogóle rozumie pojęcie slashu bo dalej jest taki kwiatek:
"Często fabuła typu Mary Sue przypomina slashową bajkę o Kopciuszku: zwykła dziewczyna/domyślne alter ego autorki rozpoczyna związek z bohaterem/idolem."

Że co? Widziałem już gdzieś takie opisy slashu jako ff z w ogóle jakimkolwiek pairingiem, ale to było tylko u źle poinformowanych dziennikarzy piszących zatkajdzurę na trzecią stronę internetowego wydania gazety o tym, co jest trendy w necie. Po kimś, kto się zajmuje netem i przejawami kultury tamże nalezałoby spodziewać się jednak dużo więcej.

Ten fragment z kolei, przyznaję, skołował mnie nieco:
"Opowieści tego typu [yaoi] ujawniające ostatnio swoją obecność również w zachodnim kontekście kulturowym, a do których zaliczyć należy fenomen twincestu (...)"

Jeśli to ma znaczyć, że twincest jest charakterystyczny tylko dla yaoi - i że następuje jego "przejście" do ff tworzonych na zachodzie - to jest to jednak gruba przesada by nie powiedzieć bzdura. Ciężko uwierzyć w to, żeby fanki na zachodzie nigdy nie pomyślały o twinceście zanim nie dostały w swoje ręce jakiegoś yaoica, oj ciężko.

Autorka paralelizuje (LOL, is that even a word?) też yaoi i slash, mówiąc, że slash był "pierwotnie niezależny od yaoi" i że zbieżności pomiędzy nim jest niewiele. Dziwne to. Dlaczego tylko "pierwotnie" i dlaczego uważa, że zbieżności jest niewiele skoro to praktycznie to samo tylko przefiltrowane przez kulturę regionu - odpowiednio wschód i zachód?

Dalej jest napisane, że "współcześnie zachodni slash czerpie inspiracje z japońskiego yaoi. Pojawia się w nim na przykład podział na seme i uke (...)". No i z tym też jest problem, bo jeśli w jakimś ff jest podział na seme i uke to nie jest to raczej slash tylko właśnie yaoi. Który mogą pisać także zachodnie fanki. To nie slash czerpie inspirację z yaoi tylko fanki piszą yaoi a nie slash i mimo, że slash i yaoi mają wiele wspólnego, to jednak są to dwa różne podejścia. Do tego samego tematu, co prawda, ale jednak różne. Mnie się osobiście np. wydaje, że yaoi ma sztywniejszą strukturę. Wyraźny podział na seme i uke, i fabularne tego konsekwencje, jest chyba właśnie głównym wyznacznikiem tego, że coś nie jest slashem tylko yaoicem.

Jeśli chodzi o dalsze różnice, to autorka mówi, że:
"(...) slash to głównie literatura lub grafika, nie komiks, zaś yaoi nalezy do popkulturowego mainstreamu, podczas gdy slash ma charakter "elitarny" niekoniecznie w pozytywnym sensie tego słowa."

No właśnie niekoniecznie, bo dlaczego "elitarny" jeśli masa ludzi poszła do kina na "Brokeback Mountain"? Film i książka to wręcz modelowy przykład slashu (nie mylić z literaturą/filmem gejowskim).
A yaoi w Japonii oznacza eksplicytną amatorską erotykę (i w zasadzie podgatunek BL).

W ogóle to ciężko powiedzieć, czy takie różnicowanie ma sens. Pewnie, jest ciekawie podywagować sobie i zobaczyć na własne oczy jak odmienne jest podejście społeczeństw wschodu i zachodu do związków, ale to trochę tak, jakby się zastanawiać nad występowaniem różnic pomiędzy jedzeniem zachodnim a japońskim. Niby wszystko prawda, począwszy od niektórych składników, a skończywszy na sztućcach, ale tzw. bottom line jest taki, że to jednak jedzenie i spełnia ono taką samą rolę.

Co zauważyłem u autorki i co wpływa zapewne na, w gruncie rzeczy, zawężone potraktowanie tematu, to to, że jak przychodzi do przykładów to skupiają się one na bandomie. Tokyo Hotel, mówiąc dokładniej. Bandom to jakby osobna bajka (chociaż i to nie zawsze - tak naprawdę to chyba zależy to od wieku autorek ff) i faktycznie ma więcej wspólnego z BL niż zwykły slash.
A poza tym trochę to też wygląda jakby autorka książki nie mogła się zdecydować, czy używać BL/yaoi tak jak się używa tych terminów w Japonii, czy jak na zachodzie i się robi chaos. BTW, niezły artykuł na ten temat na Fanlore jakby ktoś był ciekawy.

OK, przyznaję - jestem faszystą jeśli chodzi o kategoryzacje, podziały i nazewnictwo, ale to ma być praca naukowa, gdzie precyzja jest rzeczą nadrzędną. Rozdział czyta się bardzo przyjemnie: jest dobrze napisany i ciekawy, ale to rozchwianie semantyczne sprawia, że mam podejrzenia co do kompetencji autorki w tym akurat temacie i to mnie dobija.

Ale ogólnie książka jest git. Jak ktoś ma ochotę poczytać takie akademickie rozważania nad internetem i tym, co ludzie tam wymyślają, to bardzo polecam.