ad00absurdum: (tumblr - trololol)
Ciągle czytam "Pana Samochodzika" i niedawno skończyłem czwartą - i ostatnią - książkę z cyklu Baturowego (czyli z tych książek, gdzie za główny czarny charakter robi Waldek Batura). Jest to "Złota rękawica" i muszę powiedzieć, że nie zapałałem do tej akurat części sympatią. Z różnych względów, ale główne to grafomania robiąca za poezję ludową i Tomasz, który wodzi cielęcym wzrokiem za panną D.D. - bardziej cielęcym niż kiedykolwiek. Nie czytałem jeszcze części bezpośrednio poprzedzającej "Złotą rękawicę", ale jeśli nawet w połowie tak dał się omamić kobiecie z tamtej części, jak pannie D.D., to foch Waldka na początku jest w pełni uzasadniony.

Ale ciekawa sprawa z tymi częściami kanonu, w których mamy Waldzia: co książka to się robi... eee... dziwniej. Znaczy tak jak pisałem w poprzednich postach: "Niesamowity dwór" - napierw Tomasz rozwodzi się nad urodą Waldzia (przezornie przytaczając słowa kobiet (znajomych Waldka?), że Batura jest "zbyt piękny jak na mężczyznę" i potem mówi, że on sam nie rozumie takich poglądów i się zastanawia, czy faktycznie mężczyźni powinni być mniej urodziwi niż kobiety). A potem Tomasz wzdycha, że Waldek nie jest jego kompanem do rozwiązywania zagadek.

"Zagadki Fromborka" - Tomasz dalej rozwodzi się nad urodą Waldzia, tym razem wytaczając ciężkie argumenty w postaci opisu, że "miał twarz delikatną i piękną jak kobieta". Aha, i potem jest jeszcze podglądanie Waldka w kąpielówkach.

"Niewidzialni" - standardowy opis Batury w postaci "przystojnego bruneta", ale tym razem potwór genderyzmu pojawia się wyraźniej w przypadku Tomasza, który sam siebie określa jako "subtelnego i delikatnego". Hmm...
A, no i na koniec jest takie - jak się zastanowić - dosyć ciekawe zdanie:
Co do Waldemara Batury - to przez jakiś czas odnosił się do mnie bardzo podejrzliwie, aż w końcu napisał do Marczaka obszerny memoriał, w którym powiadamiał go, że jestem na usługach Niewidzialnych.

To akurat wskazuje na to, że Tomasz i Batura mieli ze sobą styczność poza sprawami opisanymi w kanonie i poza okazjami, kiedy Waldek usiłował sprzątnąć Tomaszowi sprzed nosa jakiś zabytek kultury narodowej. Realcje ewidentnie towarzyskie, można by rzec.

No i "Złota rękawica". Jak ktoś nie czytał, to w życiu nie zgadnie co tam jest.

Otóż jest tam cross-dressing :D

Nie jest jasno powiedziane, że to Waldek uskutecznia przebieranki, ale ponieważ oprócz niego jest jeszcze tylko dwóch jego oprychów, którzy mogliby to zrobić, a oprychy są rosłe i barczyste, więc drogą eliminacji, pozostaje nam szczupły, śliczny Waldziu. Wuala, cytata:
Usłyszałem wreszcie stukot pantofelków na płytach chodnika. A potem w blasku ulicznej latarni ujrzałem sylwetkę Diany Denver. Okutana była w czarną hustę i niosła małą walizeczkę. Panna D.D. spieszyła się, aby spędzić ze mną kilkudniowy urlop.
Prawdopodobnie obawiając się, że może ją ktoś zauważyć i zatrzymać, ominęła krąg światła rzucany przez latarnię i szła na krawędzi ciemności.
Wyszedłem z mroku drzew.
- Jestem tutaj - powiedziałem dość głośno.
Zatrzymała się, a potem zaczęła przechodzić jezdnię. Zauważyłem, że trochę utyka, jakby nałożyła za ciasne pantofelki.
Zbliżyliśmy się do siebie. W ciemności zamajaczyła jasna plama jej twarzy...
Raptem, szybkim ruchem, panna D.D. ściągnęła z głowy czarną chustę i narzuciła mi ją na głowę!
(...) To nie była Diana Denver, to był mężczyzna w damskich pantoflach, okryty jej czarną dużą chustą...

Haaa, nie spodziewaliście się tego po Nienackim, co nie? :D Ubaw jest - jak widać - przedni, bardzo ta scena jest fanfikogenna i okazuje się, że Genderrra miała się dobrze już 40 lat temu (albo i więcej).

No, to teraz skoro kanon dla szipa Tomasz/Waldek zaliczony ("Testament rycerza Jędrzeja" to nie kanon, a poza tym nadaje się tylko do napisania tego epickego fix-it, czyli Soulmate AU (hłe hłe hłe hłe)), to zabieram się za resztę.
ad00absurdum: (tumblr - trololol)
No więc owszem, dalej się jaram tym fandomem niemożebnie. Bardziej chyba, niż jako dziecko :D
Aktualnie mam w czytaniu "Pan Samochodzik i Niewidzialni", a w słuchaniu audiobooka "Pan Samochodzik i Księga Strachów". Słucham w zasadzie tylko w weekendy, kiedy akurat robię coś innego, acz nieabsorbującego myślenia, i muszę czymś zająć mózg. Póki co jestem w połowie: ciotka Zenobia rządzi i znęca się nad Tomaszem, stosując wobec niego chwyty dżudo. Są harcerze, ruiny, pojawia się broń gazowa (o jaaaa cie), a Tomasz próbuje się odgryźć Zenobii, ale na razie kiepsko mu to wychodzi.

"Niewidzialnych" prawie kończę (chyba jeszcze ze 3-4 rozdziały), ale dziś myślałem, że zejdę ze śmiechu. Jakiś typ prawie się oświadcza Tomaszowi - no dobra, pomylił pokoje i było ciemno - a potem Tomasz mu klaruje, że jest podobnie "subtelny i delikatny", co dziewczyna, do której typ szedł w tych ciemnościach :D

Jeżeli myślicie, że jest to wyrwane z kontekstu i dlatego brzmi jak brzmi, to nie jest. Proszę uprzejmie, rozmowa Tomasza z typem o pannie Monice, współpracowniczce Tomasza:


- Ona jest detektywem - powiedziałem.
- Co takiego? - aż usiadł, bo do tej pory chodził nerwowo po pokoju.
- Słyszał pan, co powiedziałem? Jest detektywem.
- Państwowym?
- Jak najbardziej.
- W milicji?
- W Ministerstwie Kultury i Sztuki.
- Tam też pracują detektywi?
- Oczywiście. Zajmują się wykrywaniem nielegalnego handlu dziełami sztuki, demaskowaniem fałszerstw i tym podobnymi sprawami.
- Monika? - kręcił głową. - Myślałem, że ona jest subtelną, delikatną panienką, która pracuje w muzeum.
- Jest subtelna i delikatna - potwierdziłem. - Tacy muszą być detektywi w Ministerstwie Kultury i Sztuki. Ja też jestem podobny.

Normalnie Nienacki wyprzedził swoje czasy z tą genderową agitacją :D

Waldek Batura jest również. Na początku zbrzydza Tomasza pannie Monice jak może, a potem dzwoni do Tomasza po nocach, przez co Tomasz nie może spać. W końcu zaczynają współpracować, tylko że potem wychodzi jak zawsze (foe yay FTW).

I to będzie totalna herezja i profanacja co teraz powiem, ale mój head-canon jest taki, że Batura jest bi. A nie jestem specjalnym fanem head-canonów, które nijak się mają do tekstu. Ale to, jak się tak na serio przyjrzeć temu, co jest w książce, tam jakby jest.

I z tą niepokojącą myślą was zostawię. Przyjemnych snów.
ad00absurdum: (poe - ojciec skautingu)
Czy ktoś z mojej drogiej, mówiącej po polsku f-listy pisał kiedyś sceny seksu po polsku? Bo to jest normalnie jakaś orka na ugorze. Znaczy pisanie scen seksu w ogóle to jest orka na ugorze (przynajmniej dla mnie), ale po angielsku to jakoś lepiej brzmi. Chyba.

Po posku? Ło Jezusie z Mario.

Znaczy może z innymi fandomami jest lepiej - nie wiem, nie próbowałem - ale imaginujcie sobie drodzy czytelnicy pisanie scen seksu do Pana Samochodzika. Slashu bo het z którąś z niezliczonych żeńskich postaci, do których pan Tomasz ma ewidentną słabość, to przecież byłoby za prosto. Nie wiecie jak wygląda proces twórczy tego oto marudzącego tfurcy? Let me show you.

Przez pierwszą stronę pan Tomasz pałęta się bez sensu po ulicach Fromborka. Nocą.

Przez następne dwie strony przekomarza się z Baturą.

Na czwartej i połowie piątej mamy jakiś monstrualny wewnętrzny monolog, a ręce Batury trafiają w dziwne miejsca.

Na drugiej połowie piątej dochodzimy do tzw. sedna. I ch... wie co dalej. Pun intended.

Tak, to miało być PWP.
ad00absurdum: (poe - ojciec skautingu)
Ostatnio przypominam sobie kanon Pana Samochodzika i czuję potrzebę podzielenia się tym faktem z tzw. ogółem (czyli 2-3 osobami, które czytają ten wpis). Otóż zacząłem znowu czytać serię bo ostatnio [personal profile] filigranka wspomniała o akcji pisania do polskich fandomów (na 11.XI), forum Mirriel itp. i czytając to forum przypomniałem sobie jak to kiedyś odgrażałem się, że napiszę jakiś totalnie epicki slashowy fik do Pana Samochodzika. Z tą epickością to jeszcze trzeba poczekać aż będę miał ze 3 miesiące wolnego (a może do emerytury ha ha), ale coś mniejszego może się udać.

Na pierwszy ogień idą książki, gdzie się przewija Waldemar Batura (za to akurat mogę bez skrupułów zwalić winę na Fili): dawny kolega ze studiów pana Tomasza, a teraz ktoś w rodzaju arcy-wroga. I wiecie co? robi się trochę dziwnie.

"Niesamowity dwór" pamiętałem jeszcze jako tako, raczej mniej niż więcej, ale ogólnie zaskoczenia na Baturowym froncie nie było. To znaczy jest w książce takie bardzo fajne miejsce, z którego można by wysnuć całe AU gdzie pan Tomasz i Batura razem jeżdżą po kraju i zagranicy, rozwiązując zagadki historyczne. Tęsknota pana Tomasza za takim światem jest wręcz namacalna :D

Że zapodam cytat: Jakże wspaniałym kompanem mógłby być dla mnie, gdyby nie te jego skłonności, zbyt wielkie pragnienie posiadania pieniędzy. Ileż niezwykłych zagadek moglibyśmy wspólnie rozwikłać...

Gwoli ścisłości dodam tylko, że wyżej wspomniane skłonności, to skłonnosci przestępcze (żeby se przypadkiem ktoś nie pomyślał, że zrobiło się jeszcze dziwniej).

No, więc można by w ten deseń i mielibyśmy naszych rodzimych art history husbands, czy jak to tam teraz hipsterska młodzież określa.

Dziś zacząłem czytać "Zagadki Fromborka" i przy drugim rozdziale myślałem, że normalnie zejdę. Przy opisie postaci Waldka mało co nie wciągnąłem właśnie pitej herbaty przez nos. Sil wu ple: tok myślowy pana Tomasza na widok Sz.p. Batury:

Kim był Waldek Batura? Szczupłym, średniego wzrostu smagłym brunetem o gładko zaczesanych włosach. Miał twarz delikatną i piękną jak kobieta.

To, przyznaję, mię powaliło niczym lewy prosty :D Kurde, nie pamiętałem tego fragmentu, albo nie zwróciłem na niego uwagi jak czytałem książkę te prawie 20 lat temu, ale ubaw jest przedni, a konkluzja taka, że Tomasz/Waldek Batura nabiera niewątpliwego kanonicznego zabarwienia.

Z innych ciekawych rzeczy, to wcześniej pan Tomasz zauważa bardzo przytomnie, a jednak nieoczekiwanie, że w kawiarni, w której siedział zobaczyć można było wieczorem mnóstwo ładnych dziewcząt i chłopców ze szkół artystycznych. Plus w następnym rozdziale pojawia się Baśka - chłopak, ale tak przezwany bo z urody przypominał dziewczynkę.

Ehem. No mówiłem, że się robi dziwnie. Ja tam nie wiem, może tą książką powinna się zająć jakaś komisja bo co ta młodzież czyta? Niby klasyka, a tu takie genderowe świństwa. I to jeszcze u autora lektury szkolnej. Horror.
ad00absurdum: (tumblr - oh god)
Na początek zapodali Monikę Kuszyńską czyli naszą zeszłoroczną eurowizyjną porażkę. Sama piosenka może i nie jest zła, ale rewelacji też nie ma. Nawet wózek nie pomógł, ale o ile dobrze pamiętam konkurencja w zeszłym roku była ostra.

Później Orzech z pięć razy powtórzył jak głosować i pojechali z koksem.

1. Taraka - "In the Rain"
Słowiański rocko-folk, ale śpiewają po angielsku. Cóż za ironia.
Ogólnie zespół przypomina balladowe Europe z najlepszego okresu, czyli głębokich lat 80-tych, z wyjątkiem wokalisty, który jest łysy jak kolano. O przepraszam, kamera najechała go od tyłu i szok: włosy do pasa. Polak potrafi.

2. Napoli - "My Universe"
Białoruska grupa reprezentantką Polski? Coś mnie ominęło? Jak na przykład zjednoczenie narodów (to mamy następne Zjednoczone Królestwo)?
Serio? Piosenka akurat na Eurowizję, ale fuck no. Jeśli chcą startować, to proszę bardzo, ale w barwach Białorusi. My mamy swój grajdoł.

3. Natalia Szroeder - "Lustra"
Jakieś deża wi. Nie wiem czy wokalistka komuś jeszcze przypomina Edytę Górniak, ale mi bardzo.
O, jest balet/aktorstwo - szanse na ewentualnej Eurowizji dramatycznie rosną. Sam utworek przypomina jednak tak bardzo pewną piosenkę z lat 80-tych[*], że to aż nieprzyzwoite.

[*] - ale nie pamiętam tytułu

4. Dorota Osińska - "Universal"
Uuuu, polska Celine Dion. Dobrze, że nie z wyglądu (czerwień, czerwień widzę).
Piosenka? No coś było.

5. Kasia Moś - "Addiction"
Oślepiające stroboskopy, balet ze skrzypcami w tle i noga wokalistki na plus.
Piosenka na minus.

6. Ola Gintrowska - "Missing"
Wokalistka sama odstawia balet - to też się liczy. Ale żeby nie było: czterech wijących się kolesi też jest. W szarawarach i z półnagimi torsami. I Turecki zza węgła wieje wialnią. I wokalistka ma hustę/welon/piernik wie co. I zmienia się w syrenę.
Szkoda, że tak słabo śpiewa bo na Eurowizję byłoby jak znalazł.

7. Michał Szpak - "Color of Your Life"
No, w końcu mamy swoją Conchitę Wurst. No dobra, niezupełnie. Bardziej Krzysia Krawczyka. No powiedzmy pół.
Na ile sposobów można powiedzieć "to już było"?

8. Margaret - "Cool Me Down"
Gwiazda młodego pokolenia. Czy coś.
Nienajgorsze to, ale przy takiej liście płac za tekst i muzykę coś musiało wyjść.
I nie chcę tu brzmieć jak jakiś obleśny dziad, ale wokalistce widać majtki. Na Eurowizji może się przydać.

9. Edyta Górniak - "Grateful"
A na koniec nadgryziona nieco zębem czasu Edzia zrobiona na kolejną Celine Dion. Tylko kości policzkowe bardziej wystające.
Do zapomnienia, ale pewnie wygra te preselekcje.

Zdecydowanie z tego wszystkoego najlepsze były widoki budynku, w którym odbywała się impreza. Budynek był git.

Piaska, którego dali jako zapchajdziurę przed ogłoszeniem wyników nie chciało mi się oglądać, ale na wyniki jeszcze trafiłem. Zwyciężył Michał Szpak *szok i niedowierzanie* :D Serio, myślałem, że będzie to Edzia albo Margaret, ale publika widać idzie z duchem czasu i nasza prawie-Conchita pojedzie na konkurs. Szkoda, że piosenka taka beznadziejna, a kreacja taka Krawczykowska (i to bez żabotu niestety).
ad00absurdum: (Default)
OK, to ponieważ lubię poględzić o tym, co mnie aktualnie intersuje, to zapodam temat mangi.

Jak pisałem w poprzednim poście, wróciłem do czytania mangi w większej ilości, niż jedna na dwa miesiące. Teraz zresztą kiedy Waneko dogoniło Japonię z "Kuroshitsuji", manga ukazuje się mniej więcej raz na pół roku. Ale polecam jak ktoś nie zna - japońskie wyobrażenie o wiktoriańskiej Anglii - przynajmniej w Kuroszu - jest nieustającym źródłem rozrywki.

W ogóle to ostatnio zacząłem się też trochę jarać japońszczyzną w szerszym zakresie, że tak powiem: mangi, anime, słodycze (dobre bo mniej słodkie, niż polskie. Największy wybór mają w Harro jak ktoś chce spróbować), muzyka. Obecnie z tym ostatnim jestem na etapie SID. (tak tak, przez "Monochrome no kiss"). Zanim wpadłen na to, że można ich pewnie znaleźć na jutubie, to przesłuchałem kilka płyt (naaajs, polecam). A jak już zobaczyłem bend na obrazku, to się zdziwiłem, że wokalista wygląda jak dziewczyna :D

Poza tym zacząłem się uczyć japońskiego bo stwierdziłem, że języki europejskie nie stanowią dla mnie odpowiedniego wyzwania (nie ma to jak se znaleźć czellendż). Oprócz poprzednio wspomnianych kolorów krów i zapytań w sklepie, wiem jak policzyć do stu *yeah*.

W ramach materiałów do przyszłych ćwiczeń i po rozgryzienu japońskiego amazona (mają na szczęście interfejs po angielsku), zaopatrzyłem się też w parę tomików Makai Ouji po japońsku (czellendż accepted).

A skoro doszliśmy do tego tytułu, to się zatrzymajmy *this was smooth :D*. Po polsku manga ma tytuł "Książę piekieł - devils and realist" i jest na serio świetna. Jest wiktoriańska Anglia, anioły, demony, śliczna kreska, a polskie tłumaczenie jest super hiper i wogle. Tu opis ze strony sklepu wydawnictwa Studio JG:

Williamowi Twiningowi niczego do szczęścia nie brakuje. Jest bogaty, mieszka z wujem i lokajem w wielkim domu, chodzi do prestiżowej szkoły, a los obdarzył go niebywałą inteligencją i dobrym wyglądem. Jest przy tym człowiekiem twardo stąpającym po ziemi i nie wierzy w nic, co można by zakwalifikować jako zjawisko nadprzyrodzone. Jednak wszystko, co dobre, kiedyś się kończy... Firma wuja Williama bankrutuje i rodzina Twiningów zostaje bez pieniędzy.

Pewnego razu szukając w posiadłości wartościowych rzeczy, które można by było sprzedać, natrafia na tajemniczy pokój. Chłopak przez przypadek otwiera portal i przyzywa demona imieniem Dantalion, który informuje go, że jest jedynym, który może wybrać następnego władcę demonów! Jak potoczą się losy młodego Williama?


Tłumaczenie zawiera nieśmiertelne teksty typu: "Mój ci on" (kto pamięta z jakiej to lektury?) tudzież dialogi w rodzaju:
Kevin (kamerdyner Williama): Chce mnie panicz zwolnić?!
William: Przecież to ty chcesz odejść!
Kevin: Ależ ja tu tylko dorabiam na waciki.

Nie muszę chyba dodawać, że kamerdyner rządzi i wymiata (właściwie to wszyscy trzej rządzą) :D Oprócz tego jest jeszcze fanserwis i sporo możliwiści do slashu :D. Mam nadzieję, że SJG się dogada z wydawnictwem japońskim i od nowego roku będzie znowu wydawać mangę bo w Japonii wyszedł niedawno tom 11, reszta Europy jest na ok. 6-7 tomie, a my się zatrzymaliśmy na czwartym *wzdech*.

Ciąg dalszy ględzenia o mangach w kolejnym wpisie kiedyśtam.
ad00absurdum: (poe - ojciec skautingu)
Podebrane od [livejournal.com profile] andrea_deer bo to jednak jest ubaw po pachy :D Trochę zmodyfikowane: piosenek jest tylko 10, a teksty sam tłumaczyłem bo na 'tekstowo' to bym se szukał do śmierci. A jak już coś było, to stwierdziłem, że beznadziejnie przetłumaczone.

Zasady oryginału:

1. Wybierz 15 piosenek nie po polsku. (Może nie być losowo.)
2. Na stronie tekstowo znajdź tłumaczenia tekstów i wklej kilka pierwszych, przetłumaczonych wersów. (Dla ułatwienia możesz dodać jaki był język oryginału.)
3. Flista niech zgaduje, co to za piosenki.
4. Wykreśl, co zgadnięte i dodaj do postu prawidłowe odpowiedzi.
5. Googlanie jest dla słabych. (A używanie zwrotne translatora dla niepoczytalnych.)

Ale uwaga, jest bonus. Ponieważ jestem obrzydliwym hipsterem (a.k.a. "na pewno nie znasz bendów, któych słucham"), ten kto odgadnie coś, dostanie fan fika. Nie jakieś tam powieści, ale coś między 200 a 500 słowami będzie.

Fandomy, do których mogę coś natworzyć są w tagach. Skłonny jestem również naklepać coś do polskiego RPF, muzycznego (nie-polskiego) RPF oraz tudzież ewentualnie Harry'ego Pottera (nie twierdzę, że będzie to dobre, ani 'in character' ale mogę spróbować).

Tzw. liryka - poniżej. Wszystkie teksty tłumaczone z angielskiego )
ad00absurdum: (tumblr - oh god)
Znalezione na Twitterze Popbloga (czyli Piotrka Siudy): list studentki wydziału prawa i administracji UMCS do Gazety Wyborczej, który mnie po prostu rozwalił mentalnie. Większy ubaw miałbym chyba tylko po usłyszeniu, że ojciec Rydzyk w końcu poszedł siedzieć.

Wstępniak:
Kolejny głos w dyskusji o poziomie polskich studentów. Tym razem studentka prawa UMCS skarży się na surowość jednego z wykładowców na egzaminie: - Wiadomo, iż w dobie komputerów, punktów xero, drukarek dużo osób uczy się z już opracowanych zagadnień, tudzież skryptów. A pytania znacząco odbiegają od wiedzy, która jest tam zawarta. Padają pytania typu "Proszę podać autorów i nazwy książek z których kazałem się uczyć"

I co lepsze kawałki (pisownia i składnia oryginalna):

Piszę do Państwa, iż jestem studentką Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej. Może zainteresuje Państwa, a nawet napiszą Państwo artykuł na temat jednego z przeprowadzanych na tym wydziale egzaminów. Nie piszę tego, iż jestem sfrustrowaną osobą, która nie zdała, bo akurat mi się dziwnym cudem udało.

(...) Rozumiem jeśli to byłby przedmiot, który pomógłby nam w późniejszej karierze zawodowej, aczkolwiek nauka o św. Tomaszu z Akwinu, szkole Platońskiej czy innych koncepcji już nieaktualnych jest po prostu bezsensowna.

(...) My zestresowani samym faktem, iż do upragnionego mgr stoi na drodze ciężki egzamin który nie przyda nam się w dalszej karierze zawodowej, na który poświęciliśmy dużo czasu to przed wejściem uczymy się imienia nazwiska oraz tytułu książki, z której doktor kazał się uczyć (gdyż i tutaj za nieznajomość grozi) zapominając przez to niekiedy bardzo ważne zagadnienia.

Końkluzja: biedny ten mózg studencki - przez zapamiętanie autora i tytułu książki zapomni "ważne zaganienia". Jedno jest pewne: biada każdemu, kto kiedykolwiek będzie musiał skorzystać z porady prawnej tej studentki.

Całość tekstu do poczytania TUTAJ.
ad00absurdum: (Default)
Dzisiaj na warsztat degustatorski trafiła herbata mleczny ulung. Sam bym pewnie po nią nie sięgnął bo na ulungach to się akurat znam słabo (czytaj: wcale). Ale że były Święta, to postanowiliśmy z [personal profile] filigranka wymienić się paczkami i zostałem zasypany herbacianymi różnościami :) ♥

Mleczny ulung (zw. też oolong, ulong, oolung etc.) wygląda tak:



Najpierw musiałem poszukać w necie tego, jak się w ogóle obchodzić z tą herbatą. Okazuje się, że ten konkretny ulung można potraktować jak czarne herbaty: parzenie w ok. 96 st. C przez 3 min. (pierwsze parzenie).

Zanim jednak w ogóle dojdzie do parzenia, zapach jaki po otworzeniu torebki wydziela ta herbata prawie zwala z nóg. Jest bardzo mocny i mi np. przypomina czekoladki z nadzieniem brandy - trochę jakby alkoholowy, ale jednocześnie śmietankowy i słodki. Bardzo przyjemny.

Jak już się herbatę zaparzy, to kolor naparu jest bardzo jasny, zapach znacznie delikatniejszy niż suchej herbaty, ale dalej z wyczuwalną nutą słodko-mleczną. W smaku jest to herbata również bardzo delikatna - smak herbaciany, śmietankowy plus, co ciekawe, owocowy posmak.

Drugie parzenie również 96 st. C i też 3 min. - smak nie zmienił się znacząco. I tu może mała uwaga odnośnie tego ile i w czym parzyć. Ja sypnąłem łyżeczkę na małą szklankę (ok. 150 - 200 ml) od razu do szklanki beż żadnych sitek itp. i okazało się, że jednak dobrze bo liście są ciasno zwinięte i przy zaparzaniu rozwijają się tak, że praktycznie wypełniły więcej niż połowę tej szklanki. Najlepiej więc dać im dużo miejsca.

Trzecie i czwarte parzenie (odpowienio 96 st. C i 4 min. oraz 96 st. c i 5 min.) - smak w zasadzie taki sam. Może trochę mniej mlecznego, a bardziej herbaciany. Czwarte parzenie było ostatnim, ale pewnie można by zaparzyć jeszcze chociaż raz - herbatka bardzo wydajna, jk widać, o ciekawym, delikatnym smaku. Polecam.
ad00absurdum: (Default)
English version will follow in a few days.


Tak jak obiecałem, dzisiaj pierwsze sprawozdanie z herbacianych degustacji. Po pierwsze, sklep Czajnikowy okazał się bardzo porządny. Zamówienie składane było w niedzielę, przesyłka dotarła w piątek - czas niezły jak na polskie warunki. Trochę przeszkadza w sklepie brak możliwości płacenia kartą, ale poza tym jest OK.

Herbaty zapakowane profesjonalnie - w mocne, papierowe torebki wyściełane folią i ze szczelnym zamknięciem (nie wiem jak się to nazywa - takie plastikowe zamknięcie w kształcie linii na całej długości). Zamówiłem dwie herbaty i dodatkowo dostałem gratis próbkę trzeciej w związku z czym Czajnikowy dostaje na dzień dobry ocenę 10/10 :)

Co do meritum, czyli samej herbaty. Na początek poszła Kokeicha.



Opis z E-herbata bo zanim się zabrałem do tego posta to w Czajnikowym już tej herbaty nie było tudzież nie było opisu.
Kokeicha to zielona herbata japońska. Nie jest to typowy susz herbaciany, nie są to też listki ani pąki. Jest to sproszkowana herbata sporządzana z liści ścieranych na proszek, mieszanych z wodą i sproszkowanym ryżem, a następnie przeciskanych przez specjalne formy, suszonych i w końcu ciętych na kształt sosnowych igiełek. Należy więc do rodziny herbat "prasowanych".

Kokeichę zaparzać najlepiej wodą o temperaturze 80-85 stopni bo przy chłodniejszej napar nie wychodzi zbyt aromatyczny. Sypiemy łyżeczkę na standardową filiżankę. Ja normalnie używam kubka ok. 0.3 litra więc trzeba było trochę poeksperymentować z ilością. Jak ktoś też pije z takiego, to należy wsypać kopiastą łyżeczkę i jeszcze pół.
Zaparzamy ok. 2-3 min.

Ponieważ igiełki tej herbaty się rozpuszczają, napar jest mętny, a nie czysty jak przy zwykłych liściach, ale o przyjemnym zielonym kolorze. Zapach standardowy dla herbat zielonych czyli trochę rybny. Kokeichę można zaparzać kilkukrotnie, podobno aż do całkowitego rozpuszczenia się igiełek. Ja nie mam tyle cierpliwości więc zaparzyłem tylko trzy razy. Po tych trzech razach nie widać było żeby herbaty w jakiś znaczący sposób ubyło.

Przy pierwszym parzeniu smak, nazwijmy to, herbaciany jest najbardziej wyczuwalny. Jest on dosyć wyrazisty, ale przyjemny. Drugie parzenie (3 min.) wydobywa na dodatek smak ryżowy - bardzo ciekawe połączenie. Przy trzecim parzeniu (4 min.) smak nie zmienia się znacząco: ryżowego jest trochę mniej, ale dochodzi smak lekko słodkawy, może odrobinę ziołowy. Sam napar po tym parzeniu jest bardziej przejrzysty od poprzednich i ma nieco jaśniejszy kolor.

Ciekawa rzecz: jak się zaleje tę herbatę, to igiełki nie unoszą się tylko zostają na dnie np. sitka. Pożyteczna sprawa bo przy drugim albo trzecim parzeniu można herbatę wrzucić bezpośrednio do kubka i zostawić aż się wypije. Nie polecam tego z pierwszym parzeniem bo napar wyjdzie cierpki i ostry.

Ogólnie - warto spróbować.
ad00absurdum: (tumblr - joy)
Patrzcie co znalazłem: sklep online z herbatami :D And it is totally awesome i chcę wszystko z tego sklepu.



Nazywają się Czajnikowy, a sklep, który jest tylko częścią strony (bo jest jeszcze forum i filmiki i różne fanjne rzeczy) jest tu: http://sklep.czajnikowy.pl/. Ceny są przystępne, można sobie nawet pozwolić na większe zakupy (co się chyba w sumie opłaca bardziej niż mniejsze bo za wysyłkę płaci się 15 zł), a asortyment jest suuuper - mają nawet miodokrzew, którego od jkiegoś czasu chciałem spróbować. I mają jeszcze czarki, czajniki, bombile itd itp. Na razie bez szaleństw, zamówiłem dwie zielone herbaty, jak przyjdą to zobaczymy jak się sklep sprawił tudzież jak rzeczone herbaty smakują. Relacje być może nawet będą zdawane na bieżąco.

Oraz a propos niczego, ale za to zabawnie: kręcenie sową (podobno to na tyle sławne, że nawet w telewizji pokazali. Ja jak zwykle o niczym pojęcia nie mam).

ad00absurdum: (quote - mitch benn)
...czego to ludzie nie wymyślą, a "gwiazdy" muzyki wszelakiej w szczególności. Otóż czytając dzisiejszą (no OK, wczorajszą - ze środy) Gazetę Wyborczą natrafiłem na artykuł o Polo TV oraz wypowiedź niejakiej pani Etny, prezenterki tej stacji tudzież popularnej (podobno) piosenarki disco polo. Wypowiedź poniżej:

- Jak jest Etna, to jest wulkan, wybuch lawy - mówi o sobie "królowa" disco polo. To jedna z gwiazd muzycznej stacji Polo TV. Dziś najbardziej popularnego kanału muzycznego w Polsce
Etna to pseudonim piosenkarki i prezenterki tej muzycznej stacji. - Mój występ to pokaz prawdziwej "wulkanizacji" - zapewnia ubrana w czarno-białą panterkę upodabniający ją do "kociaka".

Wulkanizacja pewnie jest po prostu wybuchowa. Sorry, sorry ale nie mogłem się powstrzymać bo dawno już mnie nic tak nie ubawiło *dalej rechocze*.

Jak kogoś interesuje reszta artykułu, to całość jest tutaj.

Z rzeczy ciekawszych, to w rzeczonej stacji ma też swój program Marek Sierocki, ale pan Marek trzyma poziom i puszcza tylko zagraniczną muzykę disco z lat 80-tych. Na to to nawet raz chyba trafiłem i momentalnie mię dopadła nostalgia za muzyką wczesnego dzieciństwa i całym badziewiem, jakie wtedy w radiu leciało. Sabrina, Visage, jakiś dziwny gościu chyba Francuz z uszminkowanymi ustami - gęby nie znam, ale tamtą piosenkę mętnie pamiętałem i Baltimora z Tarzan Boy (tego jak się nazywa i zespół i piosenka to się akurat dowiedziałem z programu Sierockiego. Refren za to w głowie mi został przez te wszystkie lata. Za wcięciem jak ktoś ma se ochotę przypomnieć :D ) Read more... )

Własciwie to dochodzę do wniosku, że to jeden z lepszych programów w TV. A Marek Sierocki jak zwykle rządzi.

Taaa, myślę, ze to mówi wszystko o obecnym stanie innych telewizji muzycznych.
ad00absurdum: (xf - bb art D:)
Zanęcony notką na Popblogu dotyczacą książki "Niecne memy. Dwanaście wykładów o kulturze internetu" Magdaleny Kamińskiej, postanowiłem rzeczoną książkę nabyć (Peter, dalej cierpliwie czekamy na recenzję). Na początek do czytania poszedł rozdział VIII zatytułowany "Ta grzeszna miłość jest dziką siłą. Internetowa fanfikcja w kulturze polskich nastolatek". Poza tym, że ff to tak jakby również moja działka to już sam tytuł jest dosyć LOL-worthy i zapowiada lekką acz być może pouczającą lekturę na wieczór.

Rozdział rozpoczyna bardzo fajny rys historyczny na temat youth sudies, a późnej girls' studies i młodzieży (z naciskiem na jej żeńską część) jako konsumetnów popkultury i w końcu fanów-twórców. Bardzo przyjemna jest też systematyzacja fanfikcji jako tekstów tercjarnych (tzw. produkcja drugiego porządku. Nazewnictwo jest cudne, czuję się jakbym znowu czytał analizy w "Easy Rider").

I co najważniejsze można podyskutować z niektórymi tezami, co jednak jest ciekawsze od zgadzania się z autorem w każdym akapicie :) Przykład na przykład:
"Sami fani zwracają uwagę, że praktyka wytwórczości drugiego porządku jest w gruncie rzeczy tak stara jak sama kultura: np. historia Lancelota i Ginewry to shipping legendy arturiańskiej, a już starożytni dokonali pairingu Achillesa i Patroklosa. Jednak jest to anachronizm, ponieważ granica między fikcją a fanfikcją została wyznaczona dopiero przez wprowadzenie prawa własności intelektualnej. Współczesna fanfikcja to tekst wzorowany na tekście pierwszego porządku będącym czyjąś własnością, a zatem apokryfy biblijne ani cykl arturiański nie pasują do tego modelu."

Tu pozwolę sobie się nie zgodzić bo moim zdaniem jednak pasują, a wprowadzenie prawa własności intelektualnej spowodowało tylko możliwość penalizacji fanfikcji. Jak sama nazwa wskazuje bowiem, ta twórczość drugiego porządku jest oparta na tekście pierwotnym (tzw. prymarnym) i nie ma znaczenia czy tekst ten jest objęty prawem własności, czy nie. Nacisk tu powinien być nie na własność a na "wtórność". Dlatego również i dzisiaj można by nazwać fanfikcją teksty, które powstały do utworów nie objętych takim prawem - np. Biblii (OK, sporna kwestia czy to co można znaleźć na FF.net to apokryfy :D), czy innego fanfika.
Prawdopodobnie można by tu również podciągnąć memy czyli wariacje wykorzystujące Rage Comics (czyli np. me gusta, trollface itd.), ponieważ pierwsze rysuneczki pojawiły się na 4chan (jaka własność intelektualna?), ale przy tej tezie nie będę się upierał.

Natomiast jeśli poczytamy rzeczony rozdział dalej, to pojawia się pewien problem. Głównie, o dziwo, z nomenklaturą - tu panuje lekki chaos, co niestety prowadzi do tego, że tekst jest dosyć powierzchowny. Może i miał to być jedynie tekst "wprowadzający" i po prostu nie było miejsca, żeby ff opisać bardziej dogłębnie, ale po ciekawym i przemyślanym początku chciało by się czegoś więcej.

Problem mamy tu [mowa o sci-fi]:
"Fani ze swej strony wskazują, że fanka tworząc shipping nie ma wielkiego wyboru: może przyjąć fabularnie nieciekawy model "romansu z zieloną Marsjanką", intrygująco transgresyjny Boys Love albo skompromitowany wzorzec zwany Mary Sue."

Hmm, nie wiem co za "fani" są cytowani tutaj, ale tak wąskich wyborów, na które podobno skazane są fanki-twórczynie (i to mnie też trochę uwiera - co z piszącymi facetami? Ale OK, rozdział mówi o ff w kulturze "polskich nastolatek" więc się zamknę) to jeszcze nie widziałem. A co z kanonicznymi het prawie-pairingami (klasyczny przykład to Mulder i Scully do sezonu, powiedzmy, 6/7), albo nawet niekanonicznymi het pairingami? Albo z femslashem? Albo jeżeli to sci-fi, to dlaczego ograniczać się do dwóch płci? I co tu w ogóle robi to nieszczęsne boys love i dlaczego nagle wyskakuje Japonia? It's a mystery. No i, kurde, chaos.

Nie jestem pewien, czy autorka w ogóle rozumie pojęcie slashu bo dalej jest taki kwiatek:
"Często fabuła typu Mary Sue przypomina slashową bajkę o Kopciuszku: zwykła dziewczyna/domyślne alter ego autorki rozpoczyna związek z bohaterem/idolem."

Że co? Widziałem już gdzieś takie opisy slashu jako ff z w ogóle jakimkolwiek pairingiem, ale to było tylko u źle poinformowanych dziennikarzy piszących zatkajdzurę na trzecią stronę internetowego wydania gazety o tym, co jest trendy w necie. Po kimś, kto się zajmuje netem i przejawami kultury tamże nalezałoby spodziewać się jednak dużo więcej.

Ten fragment z kolei, przyznaję, skołował mnie nieco:
"Opowieści tego typu [yaoi] ujawniające ostatnio swoją obecność również w zachodnim kontekście kulturowym, a do których zaliczyć należy fenomen twincestu (...)"

Jeśli to ma znaczyć, że twincest jest charakterystyczny tylko dla yaoi - i że następuje jego "przejście" do ff tworzonych na zachodzie - to jest to jednak gruba przesada by nie powiedzieć bzdura. Ciężko uwierzyć w to, żeby fanki na zachodzie nigdy nie pomyślały o twinceście zanim nie dostały w swoje ręce jakiegoś yaoica, oj ciężko.

Autorka paralelizuje (LOL, is that even a word?) też yaoi i slash, mówiąc, że slash był "pierwotnie niezależny od yaoi" i że zbieżności pomiędzy nim jest niewiele. Dziwne to. Dlaczego tylko "pierwotnie" i dlaczego uważa, że zbieżności jest niewiele skoro to praktycznie to samo tylko przefiltrowane przez kulturę regionu - odpowiednio wschód i zachód?

Dalej jest napisane, że "współcześnie zachodni slash czerpie inspiracje z japońskiego yaoi. Pojawia się w nim na przykład podział na seme i uke (...)". No i z tym też jest problem, bo jeśli w jakimś ff jest podział na seme i uke to nie jest to raczej slash tylko właśnie yaoi. Który mogą pisać także zachodnie fanki. To nie slash czerpie inspirację z yaoi tylko fanki piszą yaoi a nie slash i mimo, że slash i yaoi mają wiele wspólnego, to jednak są to dwa różne podejścia. Do tego samego tematu, co prawda, ale jednak różne. Mnie się osobiście np. wydaje, że yaoi ma sztywniejszą strukturę. Wyraźny podział na seme i uke, i fabularne tego konsekwencje, jest chyba właśnie głównym wyznacznikiem tego, że coś nie jest slashem tylko yaoicem.

Jeśli chodzi o dalsze różnice, to autorka mówi, że:
"(...) slash to głównie literatura lub grafika, nie komiks, zaś yaoi nalezy do popkulturowego mainstreamu, podczas gdy slash ma charakter "elitarny" niekoniecznie w pozytywnym sensie tego słowa."

No właśnie niekoniecznie, bo dlaczego "elitarny" jeśli masa ludzi poszła do kina na "Brokeback Mountain"? Film i książka to wręcz modelowy przykład slashu (nie mylić z literaturą/filmem gejowskim).
A yaoi w Japonii oznacza eksplicytną amatorską erotykę (i w zasadzie podgatunek BL).

W ogóle to ciężko powiedzieć, czy takie różnicowanie ma sens. Pewnie, jest ciekawie podywagować sobie i zobaczyć na własne oczy jak odmienne jest podejście społeczeństw wschodu i zachodu do związków, ale to trochę tak, jakby się zastanawiać nad występowaniem różnic pomiędzy jedzeniem zachodnim a japońskim. Niby wszystko prawda, począwszy od niektórych składników, a skończywszy na sztućcach, ale tzw. bottom line jest taki, że to jednak jedzenie i spełnia ono taką samą rolę.

Co zauważyłem u autorki i co wpływa zapewne na, w gruncie rzeczy, zawężone potraktowanie tematu, to to, że jak przychodzi do przykładów to skupiają się one na bandomie. Tokyo Hotel, mówiąc dokładniej. Bandom to jakby osobna bajka (chociaż i to nie zawsze - tak naprawdę to chyba zależy to od wieku autorek ff) i faktycznie ma więcej wspólnego z BL niż zwykły slash.
A poza tym trochę to też wygląda jakby autorka książki nie mogła się zdecydować, czy używać BL/yaoi tak jak się używa tych terminów w Japonii, czy jak na zachodzie i się robi chaos. BTW, niezły artykuł na ten temat na Fanlore jakby ktoś był ciekawy.

OK, przyznaję - jestem faszystą jeśli chodzi o kategoryzacje, podziały i nazewnictwo, ale to ma być praca naukowa, gdzie precyzja jest rzeczą nadrzędną. Rozdział czyta się bardzo przyjemnie: jest dobrze napisany i ciekawy, ale to rozchwianie semantyczne sprawia, że mam podejrzenia co do kompetencji autorki w tym akurat temacie i to mnie dobija.

Ale ogólnie książka jest git. Jak ktoś ma ochotę poczytać takie akademickie rozważania nad internetem i tym, co ludzie tam wymyślają, to bardzo polecam.
ad00absurdum: (xf - bb art D:)
Ponieważ ostatnio prawie w ogóle nie oglądam telewizji i nie jestem w tzw. temacie to dopero teraz do mnie dotarło, że w tym roku nie będzie polskich eliminacji do konkursu piosenki Eurowizji. Tak, dotarło to do mnie dopiero po tym jak zobaczyłem kto będzie reprezentować Rosję (ow yeah, materiał poglądowy poniżej) i z tego miejsca chcę stanowczo zaprotestowac przeciwko takim praktykom polskiej TV.

To po co ja płacę abonament? Niech chociaż mam z tego jakiś pożytek. Jak to się mówiło, "chleba i igrzysk!" (ale głównie igrzysk).

Zawsze można było liczyć na niezły ubaw w okolicach początku roku, nawet jeśli był to ubaw z gatunku nie wiadomo czy się śmiać, czy płakać, a w tym roku niestety lipa, drodzy Państwo.

I na dodatek jeszcze nie będzie transmisji głównego konkursu w TVP. Syf i malaria, jak to onegdaj mówiła moja pani profesor od mikrobiologii. Trzeba będzie się przesiąść na jakiś RTL czy inny Vox - nie ma wyjścia.

A w międzyczasie, sil wu ple, Rosyjska propozycja czyli Buranovskiye Babushki:

Profile

ad00absurdum: (Default)
Ad Absurdum

.

Syndicate

RSS Atom

May 2017

S M T W T F S
 123456
78910111213
14151617181920
212223 24252627
28293031   

Tags

Style Credit

Page generated Jul. 23rd, 2017 08:30 am
Powered by Dreamwidth Studios